W ramach przedtaktów do tegorocznej edycji festiwalu „Tarnowianie”, pokażemy „Człowieka do wszystkiego” - film w reżyserii znamienitych Tarnowian (i Mościczan): Wilhelma Sasnala i Anki Sasnal. Jest to pozycja tak unikatowa na tle najnowszej polskiej kinematografii, tak innowacyjna i artystycznie spełniona, że powinna być pod specjalną ochroną. Zapraszamy na wyjątkowy seans z udziałem twórców.
Plan wieczoru:
- godz. 18:00 - seans filmu „Człowiek do wszystkiego”
- ok. godz. 20:00 - rozmowa Łukasza Maciejewskiego z Anką Sasnal i Wilhelmem Sasnalem
Scenariusz filmu powstał na podstawie powieści szwajcarskiego pisarza Roberta Walsera pt. „Człowiek do wszystkiego”.
Główny bohater to alter ego samego pisarza, który zarabiał jako kopista, pomocnik w bogatych domach.
Historia Josepha Martiego to opowieść o uwodzeniu człowieka, oswajaniu go, budowaniu poczucia przynależności do miejsca i ludzi aż do utraty poczucia wolności.
Mechanizm upokarzania człowieka przez pracę wciąż działa a to czyni Martiego współczesnym bohaterem, w którego życiu odbija się nasza rzeczywistość.
Anka Sasnal i Wilhelm Sasnal
Scenariusz filmu powstał na podstawie powieści szwajcarskiego pisarza Roberta Walsera pt. „Willa pod Gwiazdą Wieczorną” (w nowym wydaniu - „Człowiek do wszystkiego”). Historia bohatera książki związana jest z życiem samego pisarza, który zarabiał jako urzędnik, kopista oraz pomocnik w bogatych domach – człowiek do wszystkiego. Wtórna i alienująca praca polegająca na przepisywaniu dokumentów, a także nasilające się stany lękowe doprowadziły Walsera do choroby psychicznej i skazały na pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Tam autor wypracował bardzo interesujący sposób pisania mikrodrukiem. Kreślone zatemperowanym ołówkiem kaligramy były niezwykle trudne do odczytania ze względu na wysokość liter (przeciętnie dwa milimetry). Twórczość Walsera (podobnie jak Kafki, do którego często jest porównywany) była trudna do zrozumienia, a jednocześnie niezwykle inspirująca zarówno dla literaturoznawców jak i malarzy.
Intrygującym pomysłem wydało mi się poddanie tej książki, jak wielu moich obrazów przemalowywanych na nowo, ponownej interpretacji. Autobiograficzna historia Walsera, zapisana na kartach książki, została przepisana zyskując formę scenariusza. Kolejnym krokiem „przemalowywania” tej historii będzie właśnie film.
Przedstawiona w „Człowieku do wszystkiego“ historia Jospeha Martiego to opowieść o uwodzeniu człowieka, oswajaniu go, budowaniu poczucia przynależności do miejsca i ludzi. Nawiązane w nowym domu, a zarazem miejscu pracy, relacje nie przynoszą jednak równych korzyści obu stronom. Obecność Martiego to dla każdego z domowników jakaś wartość. Dla Pani domu Joseph to wierny towarzysz rozmów i rozrywek, dla wynalazcy Toblera - asystent gotowy wypełniać wszystkie polecenia, osoba która ma wierzyć w jego sukces – człowiek do wszystkiego. Joseph powoli rezygnuje ze swojej wolności i jak wierny pies służy swojemu Panu i Pani. Finalnie, za swoje oddanie nie otrzymuje nawet wynagrodzenia, a jedynie miejsce do spania, jedzenie i poczucie bycia częścią tego domu.
Pragnienie przynależności jest u Martiego większe niż jego potrzeba wolności. Jest to sytuacja bardzo niebezpieczna, w której łatwo wchodzi się w relacje emocjonalnej zależności. Joseph ciągle próbuje rozpoznać nastroje swojej Pani i Pana, aby w dobrym czasie właściwie (czyli zgodnie z ich oczekiwaniami) na nie odpowiedzieć. Wymaga od siebie absolutnego posłuszeństwa, kontroluje swoje myśli i gani się za wszelkie przejawy niesubordynacji. Decyzję o odejściu podejmuje dopiero w momencie krytycznym, nie mogąc dłużej znieść poniżania. Ten sam mechanizm zadziałał już w jego poprzedniej pracy, w introligatorni, kiedy Marti został uderzony w twarz książką i upokorzony przez nadzorcę. Schemat powtarza się w willi. Inżynier Tobler popycha swojego „człowieka do wszystkiego”, wtedy Jospeh decyduje, że to koniec. Odchodzi, ale tylko po to, aby gdzieś w świecie, w nowej pracy, poszukać swojego kolejnego Pana. Huśtawka oswajania i odpychania człowieka zostanie rozbujana na nowo.
Równie tragiczna, ale nie mniej intrygująca i warta uwagi, jest postać inżyniera Toblera, który opracowuje swoje wielkie wynalazki – zegar reklamowy i otwieracz do puszek. Z jednej strony sprawia on wrażenie patriarchalnego potwora dyktującego warunki wszystkim domownikom, z drugiej człowieka w prawdziwej rozpaczy, którego uratować może tylko powodzenie jego przedsięwzięcia. Fanfaronada inżyniera jest zarówno zabawna jak i tragiczna. Pokazuje to dobitnie zorganizowane przez niego przyjęcie, podczas którego Tobler odsłania „wynalazek“ innego artysty, nie mogąc pochwalić się własnym sukcesem. Dłużnicy pukają do drzwi, inwestorzy powoli się wycofują. Joseph ma jeszcze szansę znaleźć lepszego Pana, ale na zmianę przyszłości Toblera nie ma już nadziei. Odejście Martiego jest ostatecznym upadkiem wynalazcy.
Po raz kolejny okazuje się, że światem wciąż rządzą te same mechanizmy. Aby pokazać ich niezmienność postanowiliśmy wyciągnąć głównego bohatera ze współczesności
i osadzić go w rzeczywistości przełomu XIX i XX wieku. Niezależnie od epoki, Joseph zmaga się z tymi samymi obawami, niepewnością dotyczącą pracy i przyszłości. Ten sam strach był zresztą udziałem samego pisarza Roberta Walsera, który do zakładu psychiatrycznego trafił w wyniku ostrego stanu lękowego, niepokoju i omamów, podczas których słyszał obce głosy wytykające mu lenistwo. Również dzisiaj coraz większe grupy społeczne pozbawione są stabilnego zatrudnienia, a zjawisko prekariatu stawia nowe wyzwania zarówno przed jednostką jak i całym społeczeństwem.
Historia Jospeha pokazuje dobitnie, że przeszłość nigdy się nie skończyła, a czas w gruncie rzeczy nie ma znaczenia. Świat, w którym żyją Toblerowie, ich relacje w rodzinie, pragnienia osobiste i zawodowe, wciąż są aktualne. Można o nich opowiedzieć wieloma językami – książki, czy scenariusza, obrazem lub filmem. Ludzie wciąż mają do odegrania te same role, zmienia się tylko miejsce i kostium.
Recenzja
"Paszcza wieloryba"
Anka i Wilhelm Sasnalowie. Do tej pory traktowani byli niekiedy w naszym kinie niczym niegroźny wybryk natury. Coś tam sobie kręcili na boku, na własnych prawach, często za własne pieniądze. Mainstream starał się tego nie zauważać. A fakt, że ich filmy pokazywane były na festiwalach w Berlinie, Locarno, czy w Rotterdamie (film najnowszy również), niczego specjalnie nie zmieniał. Margines marginesów.
Czuję, że w ważnym dla artystycznego duetu momencie; ważnym, bo sądząc z lektury niektórych wywiadów „Człowiek do wszystkiego” może być ostatnim tytułem nakręconym przez Sasnali w duecie, sytuacja zaczęła się zmieniać. Do głowy przychodzi mi przydatny komentarz Miłosza, który zagadnięty niegdyś o Iwaszkiewicza, za którym nie przepadał, odpowiedział: „To jest wieloryb polskiej literatury. Wieloryba przecie nie można przeoczyć”. Sasnali również, już się nie da.
Odnotowuję zatem pierwsze retrospektywy ich twórczości, słowne ordery za całokształt, zbiorcze analizy. Słusznie, zasłużyli. Trochę się już tych filmów uzbierało, ewidentnie mają już Sasnalowie swoje ważne miejsce w najnowszym polskim kinie. Trawestując tytuł ich poprzedniego filmu - „nie zboczyli z drogi”. Nie opuścili jej. To nie jest kino po coś. To kino z potrzeby. Kinofilska potrzeba tłumaczenia mechanizmów społecznych za pośrednictwem kamery, aktorów, za pośrednictwem literatury, po którą bodaj jako jedyni dzisiaj twórcy z taką premedytacją sięgają. Od Camusa po Walsera.
Wybitny, podziwiany malarz, błyskotliwa filolog i aktywistka. Wilhelm i Anka. Tworzą swoje kino. Bezceremonialne, niekokietujące, intencjonalnie niszowe.
Zamieszanie na salonach. Chwilowe zamieszanie, bo Sasnalowie wcale nie dążą do tego, żeby na tych salonach się pojawiać. Przerwa na papierosa. Przerwa na oddech. Wychodzą z imprezy incognito, w kapturach, z fajką, albo bez. Gadają, rozmawiają, słuchają. W tym właśnie tkwi różnica. Że Sasnalowie rozmawiają, podczas gdy inni załatwiają deale.
***
Cenię ten duet również za to, że nie obawiają się wysokich rejestrów.
Kino to poważna sprawa. „Literatura nie zmieni świata, ale może ów świat ukołysać” - pisał, w swoim stylu, przywołany już Iwaszkiewicz.
Sasnalowie nie tęsknią za kołysankami, ich filmy to raczej punk rock. Punk, punk rock, ale śpiewany przez Morrisseya, nie przez Rottena. Punk rock szemrany nadwrażliwą dyskoteką. Tak to czuję, tak to wygląda.
I sięgają po pisarzy, po których nie sięga prawie nikt. I adaptują ich na własnych prawach.
Mniejsza o „Do cieplejszych krajów” Pera Christiana Jersilda, tej akurat powieści nie znał prawie nikt, ale już Camus, już Walser, to jednak klasyka. „Człowiek do wszystkiego”, najnowszy film Anki i Wilhelma, to adaptacja frymuśna. Książka jest bazą. Postaci, imiona, świat. Ale bazę trzeba także poruszyć, czasami zbezcześcić, żeby móc opowiedzieć własną historię. Na własnych, niepodległych prawach.
W willi Toblera (Andrzej Konopka) dzieje się różnie, i dzieje się dziwnie. Plakat The Smiths i fartuszek guwernantki, ostro rżnięte szkło i zabawa taneczna, człowiek wykorzystany i wykorzystujący innych. Punk, punk rock. I rzewne, liryczne tony.
***
Robert Wasler. Wysoka półka. Nieczytana wysoka półka. Tym bardziej warto po tę półkę sięgnąć.
Joseph Marti z powieści Walsera grany w filmie przez Piotra Trojana to bohater emblematyczny dla kina Sasnali. Człowiek przeźroczysty, ale – względny to paradoks – z mocnym charakterem.
Walser, innowator języka i specjalista od portretów osobowości krańcowych, w na poły autobiograficznym „Człowieku...” opisał przypadek dosyć, nazwijmy to ostrożnie, typowy. Młody mężczyzna traci pracę, zyskuje kolejną. W tej nowej jest wykorzystywany, staje się „człowiekiem do wszystkiego”.
Sasnalowie zdecydowali się na ciekawy, chociaż nie nowy, krok formalny. Znaczący krok. Introligator Joseph rzuca pracę introligatora, zrywa fartuch i, jak gdyby nigdy nic, trafia z teraźniejszości w przeszłość. Początki XX wieku, willa, koronki, grawery, lato na srebrzystej paterze. Nikogo to nie dziwi, nikt się nie dziwi. Systemy opresji są przecież jednakowe i niezmienne. Opresji w muślinowych rękawiczkach i w roboczych rękawicach fabrycznych.
Joseph pozostaje przy tym dziecinnie naiwny. Jest osobą czystą. A osoba czysta może pozwolić sobie na więcej. Może podokazywać. Nie wie przecież, że nie może tego zrobić. Joseph jest wykorzystywany. W dziwacznym domu, z dziwacznymi gospodarzami – Andrzej Konopka jako Tobler daje kolejną znakomitą kreację, wspaniała jest również ambiwalentna Agnieszka Żulewska jako znudzona i nudząca się madame Toblerowa.
Marti nie otrzymuje poborów, ale objada się resztkami z dawnej, pradawnej świetności tego domostwa. Czasami trafi się jakiś frykas. Przyjmuje do wiadomości kolejne aberracyjne pomysły wynalazcy od wszystkiego i do niczego, pana Toblera, ale działa trochę jak autysta. Potrafi zwrócić uwagę, powiedzieć „nie”, zaprotestować. Wykorzystywany człowiek nie zawsze i nie wszędzie czuje się wykorzystywany.
Czerpie z życia, zwraca uwagę na nieprawidłowości w funkcjonowaniu tego domu, na przykład na stosunek matki do dziecka. Trochę jurodiwy, trochę łobuz. Tak widzą do Sasnalowie, tak zagrał tę rolę Trojan.
***
Ważna jest także oprawa dla tej historii. Najważniejsza może. Mając do dyspozycji naprawdę znakomitych aktorów, przede wszystkim wywodzących się z zespołu krakowskiego Starego Teatru (warto na pewno wspomnieć o Michale Majniczu, Juliuszu Chrząstowskim, Małgorzacie Zawadzkiej, Romanie Gancarczyku, Ewie Kolasińskiej, Mikołaju Kubackim, Aleksandrze Nowosadko, czy o wybitnym, zauważonym w niezależnym rankingu „Interii” epizodzie Błażeja Peszka), umiejętnie balansują między groteską, surrealistycznym snem, a swego rodzaju performensem.
Znamienne są już wspomnienie przeskoki czasowe – ze współczesności do przeszłości, ale ta strategia idzie dalej. Realistycznie tocząca się opowieść („Człowiek...” to zdecydowanie najbardziej komunikatywny projekt w dorobku Anki i Wilhelma) wykoleja się w scenach onirycznych czy somnambulicznych, z wybitną sekwencją ekstatycznego „nagiego” tańca na czele.
Te wytrącenia są bardzo ważne i konsekwentne. Budują meta-narrację do opowieści mogącej być jedynie publicystyczną połajanką w słusznej sprawie. Sprawa jest rzeczywiście słuszna, ale Sasnali w kinie interesuje coś innego.
Wytrąceni, przetrąceni, zanikający, wykorzystywani bohaterowie - stają się modułem czasu osadzonego w przestrzeni. Bohaterowie się uniwersalizują. Stają się obrazem, plakatem, akwarelą.
Wyglądają efektownie, mówią frazą Walsera przepisanego przez Sasnala, mówią, że świat wciąż jest nikczemny, niepozbierany i fałszywy.
Tyle, że jeszcze wygląda ładnie. Z daleka widok jest piękny.
Łukasz Maciejewski
Interia





